— Jestem w teatrze.
— Aha! komedyancki świat! Udawania, które później bierzecie za rzeczywistość, chimery! to psuje duszę ludzką. Najwięksi aktorzy, to tylko maszynki, nakręcone czasem przez mędrców, czasem przez geniusze, ale najczęściej przez głupstwo, mówiące do jeszcze większego głupstwa. Aktorzy, artyści, twórcy! to tylko ślepe narzędzia przyrody-natury, która ich używa do objawienia siebie i dla celów sobie tylko wiadomych. Im się zdaje, że oni są czemś istotnem — smutne złudzenie, są narzędziem, które pójdzie na śmierć wtedy, jak przestanie być potrzebnem, albo zrobi się nieużytecznem.
— Kto pan jesteś? — zapytała prawie bezwiednie, poruszona jego słowami.
— Stary człowiek, jak pani widzi, który łapie ryby i lubi gawędzić. O tak, jestem bardzo stary. Przychodzę tutaj codziennie latem, jeśli jest pogoda, na kilka godzin i łapię rybki, jeśli się pozwolą łapać. Na cóż to pani? Nazwisko nic panią nie objaśni. Jestem tylko jednostką w ogólnej cyfrze, która ma swój numer wejścia na świat, i będzie go mieć przy zejściu. Jestem komóreczką czucia, dawno już zapisaną i zaklasyfikowaną przez bliźnich w rubryce „niedołęgi” — mówił, uśmiechając się żartobliwie.
— Nie chciałam tem zapytaniem obrazić pana.
— Nigdy się o nic nie gniewam. Gniewa się tylko, lub raduje głupstwo — odpowiedział. — Człowiek powinien patrzeć, obserwować i na swoją drogę — dorzucił, ściągając kiełbia z haczyka.
Mroziła ją trochę ta powaga i stanowczy, niedopuszczający dyskusyi ton mowy.
— Pani z warszawskiego teatru? — zapytał, zarzucając znowu wędkę.
— Nie; jestem w towarzystwie Cabińskiego, zna pan pewnie.
— Nie znam, nie słyszałem.