Garsoni i służba restauracyjna robili porządki pod olbrzymią werandą. Słychać było stuk mytych kufli, trzepanie chodników, suwanie krzeseł i ciche szepty bufetowej, rozstawiającej z pewnem namaszczeniem szeregi butelek, talerzyki z przekąskami i ogromne bukiety à la Makart, podobne do mioteł zasuszonych.

Z boku zaglądało słońce jaskrawe i banda czarnych, ruchliwych wróbli, wisiała na gałęziach, trzepotała się na poręczach krzeseł, dopominając się krzykiem okruchów.

Dziesiąta wydzwoniła na bufetowym zegarze wolno i uroczyście, gdy na werandę wpadł wysoki, szczupły chłopak; podartą czapkę miał na czubku głowy, obsypanej rudawymi pierścionkami poskręcanych włosów, twarz miał piegowatą i śmiejącą się, nos zadarty nieco. Leciał wprost do bufetu.

— Ostrożnie Wicek, bo buty zgubisz!... — zawołała bufetowa.

— Nic to, każę je tylko przefasonować! — odparł wesoło, spoglądając na swoje buty, które w nieznany sposób trzymały się jego nóg, pomimo, że nie miały podeszew, ani wierzchu.

— Proszę pani o naparsteczek muślinu! — zawołał, kłaniając się zamaszyście.

— Gotówka jest? — spytała bufetowa, wyciągając rękę.

— Nic, a będzie... Wieczorem oddam, jak panią szanuję, oddam rzetelnie — prosił, akcentując charakterystycznie.

Bufetowa ruszyła tylko ramionami pogardliwie.

— Niech pani da... zaproteguję panią do szacha perskiego... Oj, oj! taka obszerna facetka, to pewne angażma...