— Ja cię zaraz uspokoję, cyrkowcze — krzyknął Topolski, dokompletowawszy już garderoby i schwycił Cabińskiego za kołnierz, kopnął go i wyrzucił z garderoby; sam pobiegł na scenę.
Przedstawienia dokończono spokojnie, ale znowu przed kasą zaczęły się kłótnie.
Stali zbitą gromadą, że tylko głowy i twarze świecące się od szmalcu, jakim zmywali charakteryzacye, widać było w świetle.
Wszyscy krzyczeli o pieniądze i żądali wypłaty zaległości. Pięście się wyciągały do okienka groźnie, spojrzenia rzucały błyskawice i głosy aż chrypły od wytężenia.
Cabiński jeszcze czerwony i drżący od tej zniewagi niedawnej, kłócił się z każdym i wymyślał, chcąc tylko dawać zwykłe akonta.
— Kto nie chce, niech idzie do Topolskiego. — Wszystko mi jedno.
Janka podsunęła się pod okienko.
— Dyrektorze, obiecał mi dzisiaj dać dyrektor.
— Nie mam!
— Ale ja także nie mam — prosiła cicho.