— Innym nie daję, a tak natarczywie się nie upominają.
— Panie Cabiński, ja prawie umieram z nędzy — powiedziała prosto.
— To zarób sobie pani. Wszystkie dają sobie jakoś radę... Lubię naiwne, ale na scenie... Komedyantka! Idź pani do Topolskiego, to da forszus.
— O! z pewnością Topolski nie pozwoli swojemu towarzystwu cierpieć nędzy i zapłaci, co się komu należy, nie będzie ludzi oszukiwał — wybuchnęła energicznie.
— To możesz pani zaraz iść do niego i u mnie nie pokazywać się więcej — zawołał ze złością, do pasyi doprowadzony wzmianką o Topolskim.
— Słuchaj-no dyrektor, psiatwarz! — zaczął Glas, ale Janka nie słuchała już dalej i przedzierając się przez tłum, wyszła.
— Zarób sobie...
Szła ulicami prawie pustemi. Światło latarń miało jakąś gromniczną żółtość, posępną i oświecało pustkę i ciszę, jaka zalegała ulice i zaułki.
Głęboki granat nieba rozciągał się nad miastem, niby olbrzymi paldament, poprzetykany gwiazdami, świecącemi jasno. Ulicami zawiewał wiatr chłodny i przejmował ją do kości zimnem.
— Zarób sobie... — powtórzyła przed Wielkim teatrem, przystając. Przyszła tutaj bezwiednie.