Gmach pociemniały, jakby zasypiający w ciszy nocy, stał mocno, szeregi kolumn majaczyły w cieniach ponurymi konturami.
Popatrzyła na niego i poszła z powrotem.
Ból nieznośny, niby obręczą rozpaloną, ściskał jej głowę; była tak znękaną, że miała chwilami nieprzepartą chęć usiąść gdzie nad rynsztokiem i siedzieć. To znowu uczuwała się w stanie takiej rozpaczliwej świadomości nędzy swojej, że gotową się była oddać pierwszemu lepszemu, gdyby tego zażądał i gdyby tylko mogła się pozbyć tego drżenia w sobie bolesnego, tego prawie zamierania, jakie czuła.
Wlokła się ulicami ociężale, bo już nie wiedziała, co robić ze sobą i ten chłód nocy, cisza i to śmiertelne zmęczenie, dawały jej jakąś rozkosz bólu. Przed oczyma jej snuły się tylko jakieś widma, jakieś błyski, że nie wiedziała gdzie jest, co się z nią dzieje. Czuła tylko to jedno, że dłużej nie wytrzyma.
— Co dalej? — pytała się bezmyślnie, patrząc przed siebie.
Cisza miasta usypiającego i cisza przestrzeni granatowej była jakby odpowiedzią.
Czuła, że coraz szybciej, szybciej stacza się po jakiejś pochyłości, leci już, a tam w końcu tej drogi, majaczy przed nią rozkrzyżowany trup Niedzielskiej.
— Śmierć! — odpowiada sobie — Śmierć!... i wpatrywała się w tę twarz srogą, ale już martwą, ze łzami zastygłemi na policzkach i nie trwoga ją ogarniała, ale cisza wielka.
Oglądała się dookoła, jakby przyczyn tej głębokiej ciszy szukała obok siebie.
Myślała jeszcze o ojcu, o teatrze, o sobie, ale tak, jakby o rzeczach, które może widziała kiedyś, o których może czytała.