Cabiński milczał.
— To może jutro przyjść?... parę dni mogę poczekać... — dodała jeszcze, widząc, że nie odpowiada, a przypatruje się jej tylko z uwagą.
Mówiła krótko, urywanie, głos drżał prośbą i temperamentem, modulował się z łatwością i miał tyle oryginalności w dźwięku, tyle ciepła, że Cabiński słuchał jej z przyjemnością.
— Teraz nie mam czasu, ale po próbie rozmówimy się lepiej — odpowiedział.
Chciała mu uścisnąć rękę i podziękować za obietnicę, ale zabrakło jej do tego odwagi, gdyż patrzyło na nią w tej chwili coraz więcej osób.
— Hej, Cabiński!
— Człowieku!
— Dyrektorze! cóż-to?... randka?... w biały dzień, w oczach wszystkich, zaledwie o trzy piętra od Pepy?...
Wołano do niego z krzeseł kiedy się rozstał z Janką.
— Jaka tam randka!...