— Któż to taki?...

— Dyrektor nie mydlij, uwaaż... Tylko to nieostrożnie, tak na proscenium...

— Mamy cię!... Udawałeś kryształ, mój bursztynie!... wołał jeden z towarzyszy, chudy, o ustach wiecznie skrzywionych i jakby ciekących żółcią i złośliwością.

— Idź-że do dyabła, mój kochany!... ani mi się śniło!... pierwszy raz ją widzę...

— Ładna kobieta!... Czegóż chce?...

— Adeptka jakaś... chce się angażować.

— Weź dyrektor. Ładnych kobiet nigdy nie jest za dużo na scenie.

— Dosyć tych krowient ma dyrektor.

— Ba, a chóry?...

— Nie bój się, Władek, nie obciążają one budżetu, bo Caban ma zwyczaj niepłacenia, szczególniej kobietom młodym, przystojnym i początkującym.