— Impertynent z mecenasa!... jak można?... a zresztą cóż mnie obchodzi teatr!... Grałam dobrze, to Janka zasługa; grałam źle, to wina dyrektora, że mnie zmusza do występów, do przyjmowania coraz nowych ról!.. Jabym tak chciała zamknąć się z mojemi dziećmi, nie wychodzić poza sprawy domowe... Mój Boże!... sztuka to wielka rzecz, a myśmy wszyscy przy niej tacy mali, tacy mali, że każdego występu boję się, jak ognia!... — deklamowała przed mecenasem dyrektorowa.
— Dyrektorowo, proszę na słóweczko — zawołała Majkowska.
— Widzi mecenas, nawet o sztuce niema czasu pomówić! — westchnęła ciężko i poszła.
— Stary koczkodan!
— Wieczna krowienta!... zdaje się jej, że jest artystką!
— Wyła tak wczoraj na scenie, że... jak Boga kocham, można się było wściec!
— Rzucała się po scenie, jak w wielkiej chorobie!
— Cicho!... bo to według niej jest realizm!...
— Już mógłby Caban, bez szkody dla siebie i dla teatru, puścić ją na trawę...
— Tyle dzieci!...