— Jakiś ty dobry! Jak ja cię strasznie kocham! strasznie! strasznie! I ty naprawdę chcesz się ze mną ożenić? naprawdę?...
— Naprawdę, Lili! — odpowiadał poważnie.
— Przecież ja taka głupia! Nie, to nie może być, abyś mnie kochał, nie... — wołała ze zdumieniem.
— Kocham cię, Lili.
— Jak to ma być! Ja pojadę z tobą do twoich rodziców! My weźmiemy ślub naprawdę? Ubiorą mnie w białą suknię z welonem — mam ślubną suknię z Życia paryskiego66, tylko trochę trzeba przerobić — w mirtowy wieniec67, będzie wesele, pojedziemy do kościoła, organy będą grały! I to wesele będzie naprawdę? I ja naprawdę będę twoją żoną, naprawdę będzie ksiądz, naprawdę będzie wesele i my naprawdę będziemy potem z sobą, naprawdę?
— Kocham cię, Lili! — odpowiadał niezmiennie, poruszony do głębi jej szczerą naiwnością.
— A potem będzie wielki bal, będziemy tańczyli! I nie będzie potrzeba rozbierać się prędko, pakować garderoby, iść do dyrekcji po pieniądze! Więc to wszystko będzie naprawdę! Mój Boże! mój Boże, już nie rozumiem! Ty chcesz zostać moim mężem, ja mam być twoją żoną i to wszystko prawda?
Mówiła jakby w gorączce, nie mogąc uwierzyć, że to nie będzie przedstawienie.
— Prawda! Będziesz moją żoną, rzucimy teatr i zapomnimy o nim prędko.
— Nie będziemy w teatrze, a co ja robić będę?