Zrobiła się przykra cisza, bo Lili wciąż szlochała za parawanem, a Zakrzewski nie wiedział, co robić ze sobą: przysiadał, to chodził, zaglądał za parawan, to znowu mówił o swoich planach, o przyszłym życiu z żoną, o swoich stosunkach domowych, o przyszłym szczęściu, o niezmienności uczuć swoich. Ale nikt nie odpowiadał, Lili płakała, a matka patrzyła w okno i potakując jego słowom, uśmiechała się smutnie. Nie mógł już znieść tego i wziął kapelusz.

— Panno Lili, może się pani ze mną pożegna, bo już wyjść muszę.

Podniosła, rozczerwieniona, zapłakaną twarz z poduszki.

— Do widzenia, wesołej kolacji życzę pani, przyjdę jutro, można?

Podał jej rękę przez wierzch parawanu, ujęła ją śpiesznie i bardzo mocno przycisnęła do ust; odsunął śpiesznie parawan i pocałował ją w czoło.

— Kochasz mnie? — zapytał cicho.

— Kocham cię, mój lwie, mój panie jedyny, kocham — chwyciła jego głowę w dłonie i ucałowała gorączkowo.

Powiódł pieszczotliwie ręką po jej włosach, pocałował ją w rękę i wyszedł.

V

— Wszystko razem dowodzi, że to są najszlachetniejsze na świecie kobiety! — Tak sobie wytłumaczył w kilka godzin później ich zachowanie dziwne. Uspokoił się zupełnie, bo wiedział, że był kochany i że żadne przeszkody nie leżą na drodze do zupełnego szczęścia.