Olkowskiego w domu nie było, natomiast zastał list od panien, które wczoraj spotkał z Lilą; zapraszały go w imieniu ojca, aby zechciał z nimi spędzić dzisiejszy wieczór wigilijny. Przeczytał go, schował do kieszeni i zapomniał o nim zaraz. W mieszkaniu było dziwnie zimno, pusto i brzydko, ale że nie miał gdzie iść, zaczął chodzić po pokoju i rozmyślać o Lili.

— Kocham cię! — powtarzał jak echo i rozpłomieniał się, wyciągał ramiona, jakby chciał objąć tę drogą, ukochaną istotę, ale równocześnie jakiś ciemny niepokój przenikał mu serce, przyćmiewał wewnętrzne płomienie; stawał na środku pokoju bezradnie, oglądał się dokoła, słuchał, jakby chcąc się dowiedzieć, skąd pochodzą te dziwne dreszcze obawy, dlaczego są w nim teraz, w takiej chwili? Nie znalazł w sobie odpowiedzi, ale czuł coraz silniej, że przez tę jasność miłości, przez to jej promienne, słodkie „kocham cię” przenika coś niewytłumaczonego, podobnego do głuchej jeszcze obawy, a pełnego udręczenia bolesnego. Mrok cicho się zwiewał z pól zaśnieżonych i okrywał miasto szeroką mgłą, gdy znalazł się na ulicy.

Miasto cichło i niemiało z wolna, w powietrzu mroźnym czuć było jakiś nastrój uroczysty. Z okien biły radosne światła zapalonych choinek, przez zamarzłe szybki wydzierały się w świat radosne głosy. Nad rzeką zajrzał przez małe, nisko nad ziemią położone okienko do wnętrza jakiejś izby, na której środku stał stół jasno oświecony i otoczony całą gromadą ludzi jedzących kolację.

Cofnął się prędko. Uśmiech politowania przemknął mu po ustach, poszedł dalej, ale przyszło mu na myśl, że pierwszą wigilię spędza nie w domu, lecz wprost na ulicy.

— Głupie przesądy! — szepnął. — Gromadzą się w imię pełnej miski! — dodał z ironią i zaczął pogwizdywać, tłumiąc żal, bijący mu się przez serce.

Poszedł na rynek i wolno obchodził wszystkie jego cztery boki, patrzył z ironią na przysłonione firankami okna, poza którymi czerniały profile ludzi i skąd biły gwary rozmów i smugi świateł.

Mróz brał coraz siarczystszy.

Niebo skrzyło się i migotało blaskiem gwiazd, a gdzieś spoza lasów wschodził blady sierp księżyca i świecił coraz jaśniej. Długie sople, wiszące u dachów, połyskiwały fosforycznie, a cynkowe dachy kościoła świeciły roztopionym srebrem. Jedną połową rynku rząd wysokich, kamienic kładł błękitnawy, ogromny cień na puszysty, świeży śnieg, leżący na bruku.

Zakrzewski przyjrzał się wszystkim domom po kolei, zajrzał w boczne uliczki i poszedł do cukierni, ale cukiernia była zamknięta. Nie wiedział teraz, co z sobą zrobić, dokąd iść, zaczynała mu ciężyć samotność i jakaś ostra tęsknota do domu, do gwaru i ciepła szarpnęła nim. Poszedł do Szalkowskich, bo mieszkali najbliżej; dopiero kiedy się z nią witał, przypomniał sobie, że dawał niegdyś Lili uroczyste przyrzeczenie unikania ich domu. Byli oboje, ona leżała na kanapie z papierosem w ustach i bawiła się z psem, była w szlafroczku porozpinanym i w pantoflach, a on w kuchni razem ze służącą robił kolację; ukazał tylko głowę przez drzwi i nie podając ręki, bo trzymał oprawianą rybę, zawołał:

— Dobry wieczór. Miał pan doskonały pomysł, przychodząc do nas, bo Hela tak się nudzi, że miałem iść na miasto i sprowadzić kogo do towarzystwa.