Sołtys tylko splunął za nią i z wielką gorącością wziął się do wódki.

— Chłopaka masz, Walek, dobrze... Urzędnik jezdem, wiedzieć o tym powinienem... Beze mnie toby jego wcale nie było...

— Kiedy on już jest! — zauważyła jedna kobieta.

— Staraście132, Marcinowo, a Pan Jezus nie zdążył wamo jeszcze dać rozumu. Jest, pedacie — a gdzie? W kołysce, to jakby go wcale nie było, to tego chudziaczka całkiem nie ma, bo ino się tak nazywa, że jest. Urzędnik wam to mówi, miarkujcie ino... a zaraz wam to wyłożę: Czyj ten dąbek w boru133? Kto jego rodził, w jaki tabeli134 on jest, pod jakim nomerem zapisany, w jakiej książce stoi, wiele ma grontu, kiej był czy kiedy ma stawać do wojska, jakiej religii, z krześcijanów on? co?

— No jakże, w głowie się wamo pomieszało, sołtysie, co to ma do dziecka.

— A ma, bo chłopak Walków teraz, to jak ten dąbek, co go se człowiek ino pomyśli, a jego ni ma, ale kiej go urzędnik zapisze w książki, kiej on będzie stojał w tabeli, kiej się go opisze, kiej się mentryki zrobi, kiej go wciągną w wykaz i poślą do urzędu, to dopiero wtenczas chłopak będzie rzetelnie. Urzędnik to wam mówi, miarkujta.

Gadał jeszcze długo, ale nie słuchano go, bo ktoś zaczął mówić o tych, którzy tydzień temu poszli do Brazylii.

— Gadają, co na samą zwiesnę135 całe wsie pójdą...

— A wczoraj poszedł Jasiek Adamów.

— A z Woli trzech gospodarzy sprzedało grunt i pójdą.