W dole ciemno było jak w grobie i stęchłe, przegniłe powietrze ciężyło na piersiach. Deszcz pluskał monotonnie i przez otwór nie zakryty zacinał do środka i sączył się po ścianach.
— Jakże ci?
— Lepiej. Czekałem tak was, że aże myślę, pójdę albo co!
— Ani mi się rusz krokiem! — zawołała przestraszona.
— A juści, przecież ciągle tu leżał nie będę.
— Wyzdrowiej tylko...
— To pojedziemy! — szepnął cicho, jakby do siebie.
— Pojedziemy. Jużem wszystko obmyśliła.
Namacała jego głowę, przycisnęła ją do swojej piersi i obcierając mu twarz i głaszcząc szeptała:
— Nie bój się, będzie nam tam dobrze...