— Czy i Miss Daisy była z wami?
— Gdzie? Nic nie rozumiem, powiedz otwarcie...
— No, wtedy, na tej krwawej ceremonii biczowania... Nie zaprzeczysz przecież... Nie po wiesz także, iż zapomniałem — szeptał twardo, ale dojrzawszy w jego oczach, szeroko rozwartych, najszczersze i głębokie zdumienie, przerwał.
— Że mówisz rzeczy zgoła niewiadome mi, na to daję ci słowo honoru.
— Opowiem ci je szczegółowo, jak powrócisz z Bartelet Court... A tymczasem powiedz, czy nie znasz tego pisma? — Podał mu ów nakaz tajemniczy.
Joe przeczytał i długo rozmyślał, nieznacznym, cichym, a badającym spojrzeniem ogarniając Daisy, wyjątkowo dzisiaj rozmowną, prawie wesołą.
— Nie znam tego pisma... Pomyślę jeszcze o tym — odpowiedział wreszcie, nie podnosząc na niego oczu i, skoro się obiad skończył, wysunął się cichaczem niezauważony, bo uwaga była zwrócona na spór, jaki coraz głośniej prowadzili uczeni z Mahatmą.
— Przejdźmy do reading-roomu; oni krzyczą jak kornakowie106 na nieposłuszne słonie — zaproponowała Daisy Zenonowi.
Pantera cicho, z przygiętym do ziemi łbem, węsząca, ostrożna, pobiegła przodem, skoczyła na fotel i, zwinąwszy się w kłębek, zdawała się drzemać.
— Obrzydliwy czas w Londynie! — zaczęła Mrs Tracy, patrząc przez zadeszczone okno.