Zenon milczał, miotany najbardziej sprzecznymi uczuciami.
— I czekaliśmy wciąż twojego powrotu, ale lata szły i moja choroba czyniła takie postępy, że przestałem już liczyć na twój powrót do kraju. Byłbym się pewnie ciebie nie doczekał?
— Nigdy nie myślałem o powrocie — szepnął posępnie.
— Przeczuwałem to w końcu! Pamiętasz, iż zawsze byłem chorowity, lecz od paru lat nerki i serce zaczęły mnie zjadać coraz pośpieszniej. Na próżno szukałem zdrowia po świecie; i wreszcie dałem spokój, ale tym bardziej chciałem się z tobą zobaczyć. Przyjechaliśmy do Londynu umyślnie.
— Dla mnie?
— Tak. A czy wiesz, że umierającemu niczego się nie odmawia?
— Nie rozumiem! Co to ma za związek z tobą?
— Taki, że mam do ciebie wielką, ostatnią prośbę.
— Chyba żartujesz ze mnie. Przesadzasz ze swoim stanem.
— Niestety, znam go lepiej niźli doktorzy. I wiem, że mogę umrzeć w każdej chwili. Dlatego właśnie tu jestem i proszę cię, jak prosi umierający, zaopiekuj się moją żoną i córką!