— Ja? Twoją żoną i córką! — zerwał się ze zdumienia.

— Po mojej śmierci zaopiekuj się nimi! — powtórzył z mocą i patrzył na niego serdecznym, przełzawionym spojrzeniem. — Pomyśl, po mojej śmierci nie będą miały nikogo prócz ciebie. Pomyśl!

— Chyba nie wiesz, co mówisz! — wykrzyknął, nie mogąc jeszcze uwierzyć własnym uszom.

— Myślałem o tym długo! Cóż w tym widzisz nadzwyczajnego?

— Tak, istotnie, ale spadło na mnie tak nieoczekiwanie...

— Usiądź przy mnie, pomówimy obszerniej. Nie obawiaj się kłopotów opieki, wszystkie sprawy uregulowałem. Daj mi rękę na zgodę. Tak, wiedziałem, że mi nie odmówisz. Dziękuję ci z całego serca. Nie mogę zwlekać i odkładać na później. — Ucałował go serdecznie i cicho, przemęczonym głosem zaczął się zwierzać ze swoich trosk o przyszłość Ady i dziecka.

A Zenon słuchał, patrząc na niego z pewnym przerażeniem.

Jak to, Adę oddaje mu w opiekę? Adę! Własny jej mąż! Co za zbieżność! Teraz, po tylu latach, kiedy już w nim wszystko umarło? Ohydna zemsta czy naigrawanie się losu? Leciały błyskawicami oślepiającymi myśli i uczucia — skłębione i tak mętne, że chwilami był pewien, że ulega dręczącej halucynacji! Ale nie, Henryk siedział tuż przy nim; słyszał jego głos, patrzył mu w twarz, czuł na swojej dłoni jego rękę zimną i spoconą. Wzdrygnął się gwałtownie. Zgadzał się już na wszystko i wszystkiemu potakiwał, nie śmiejąc niczego odmawiać. Tylko pod wpływem jego słów bezgranicznej ufności zaczął nim władać jakiś palący wstyd; i bolesne upokorzenie przeżerało mu serce.

— Nie wiedziałem, że macie córkę! — przerwał mu w nadziei skierowania rozmowy na inne tory.

— Zaraz ją zawołam! Wandziu!