— Właśnie, że zupełnie ten sam typ familijny! Przecież dawniej, przed chorobą, Henryk był bardzo podobny do pana — mówiła Ada, przytulając głowę dziecka, lecz w jej oczach tliło się coś zagadkowego, a usta okalał nieodgadniony uśmiech; Henryk też miał w twarzy jakiś smutny wyraz rezygnacji. Tylko Wandzia, przytulona do matki, rzucała na Zenona wesołe, rozbawione spojrzenia.

Rozmowa utykała, wlokła się ciężko, skacząc ustawicznie z przedmiotu na przedmiot, nie mogąc się zaczepić o nic stałego. Leżała bowiem pomiędzy nimi tyloletnia rozłąka, a łączyły tylko dawne, zatarte nieco wspomnienia, których dotykano niejednokrotnie, lecz jakby z obawą. Oboje byli dla niego niezmiernie serdeczni, ale on wciąż trzymał się odpornie, zbywając ich krótkimi, chłodnymi odpowiedziami. Czuł się tak daleki i obcy wobec wszystkich spraw poruszanych i nawet ich samych, że znużony spojrzał na zegarek; ale jej oczy strzeliły taką niemą i rozpaloną prośbą, iż pozostał jeszcze, próbując zainteresować się nimi i pokryć nudę, jaka go ogarniała coraz uporczywiej.

Naraz Henryk ze szlachecką otwartością zapytał:

— Powiedz nam szczerze, dlaczego wyjechałeś z kraju?

Był na to przygotowany, bo odparł z uśmiechem:

— Miałem już dosyć Polski, chciałem się poczuć Europejczykiem!

— U nas mówiono o tym inaczej, zupełnie inaczej...

Rozdrażnił się jego głupim, domyślającym się uśmiechem.

— Jakże mówiono? To może być ciekawe.

— Przede wszystkim podejrzewano cię o nieszczęśliwą miłość! Wielu znowu dowodziło, że wypędził cię z kraju jakiś pojedynek amerykański. Ale byli i tacy, którzy przypuszczali bardziej skandaliczne powody...