Już z trudem zniosła tę zniewagę. Pochwyciła jego ręce i, całując je z jakąś żarliwą pobożnością, wyszeptała łzawo:

— Zlituj się nade mną! Kochałam cię zawsze. Dopiero po twoim wyjeździe zrozumiałam, co tracę. Dopiero przez te długie, długie lata samotności przemierzyłam całą otchłań cierpienia! — zaczęła roztaczać taki przebolesny obraz męki, tęsknoty i daremnego oczekiwania, że dusza mu spokorniała i już ze współczuciem wsłuchiwał się w te echa, przesiąknięte łzami; ale gdy potem jęła snuć przędzę przyszłości, zachmurzył się nagle i wtrącił z rozmysłem:

— A Henryk?

— Po cóż go mamy wspominać w tej chwili!

Obejrzał się zdziwiony, jakby to wyrzekł ktoś inny.

— Przecież rozważamy tylko nasze sprawy! — dodała z mocą.

Uśmiechnął się, nie mogąc powstrzymać złośliwości.

— Prawda, mąż musi być zawsze okłamywany...

— Nigdy go nie okłamywałam! — dumnie podniosła głowę.

— Nigdy? A Wandzia... — pchnął jakby sztyletem.