— Przecież umarło, co było dla ciebie złem, a nowe, twórcze życie czeka na ciebie z otwartymi ramionami. Twoje miejsce niezajęte. Staniesz znowu na czele i poprowadzisz ludzi swoim wielkim, bohaterskim szlakiem! A tylko czasem przyjedziesz do swojej córki i do swojej siostrzanej kochanki! Nic więcej dla siebie nie żądam, nic! — dodała ciszej i nieco smutnie.
— Kuszenia św. Antoniego125, czarowne kuszenia! Majaki, do których nieraz wyciągałem ramiona. Ale czy potrafię się stąd oderwać? Tak wrosłem w tę glebę i tyle mnie z nią łączy...
— A przede wszystkim narzeczona! — dławiło ją to tak dawno, że się już nie mogła wstrzymać.
— Nie tylko! Mam ważniejsze przyczyny! — Obejrzał się niespokojnie jakby w obawie przed widmem Daisy. — Bywają niekiedy przeszkody, leżące poza naszą indywidualną wolą...
— Wykradnę cię i uwiozę ze sobą! Stoczę walkę z tobą o ciebie. Przemogę wszystko, przekonasz się. Zwalczę niemożliwości, a nie dam cię już nikomu i niczemu! — wybuchnęła z mocą. — Jeśliś tylko niezwiązany z sercem lub honorem — dodała ciszej, smutniej i lękliwiej.
— Nie, nie! — bronił się słabo, gdyż Betsy, ufna i kochająca, zamigotała mu w pamięci niby krzak różany.
— Wracaj do kraju z żoną, prędko ją spolszczymy! — wyrzekła, odgadując jego tajoną troskę. — To nawet będzie lepiej dla nas wszystkich! — Oczy się jej zaszkliły i ciężkie westchnienie rozrywało piersi, ale nie dojrzał tego ani nie odczuł, gdyż powiedział:
— Myślałem już i o tym!
Wyszli z muzeum i pojechali do domu.
Obrzydliwa, żółtawa i zimna mgła już zalewała całe miasto jakby brudną, wzburzoną wodą, spod której ledwie majaczyły poczerniałe zarysy domów i ludzi. Na węższych ulicach, pomimo południa, zapalano latarnie, a wiecznie nieustający krzyk miasta sączył się na wskroś mgieł głuchym dygotem.