Spojrzał pytająco, nie wiedząc, kto to taki.

— To mój szpic! Mamusia powiada, że on mi się tylko śni... Ale, wujciu, on naprawdę przychodzi; wskakuje na łóżko i tak mnie liże po rękach, aż go muszę pogłaskać. I wtedy zwija się jak biały kłębuszek i zasypia. A czasem bawi się ze mną: porywa buciki, skacze przez krzesła, chowa się i służy na dwóch łapkach! Tylko mi to dziwne, że nigdy nie szczeka i nie zaskomli! No i nie wiem, gdzie on się w dzień podziewa. Szukałam go wszędzie. A może mamusia umyślnie każe go chować? Dzisiaj w nocy... Jak przyszła ta ruda, to ją poszczułam... Nie przyznałam się mamie, bo wiem, że ludzi nie można szczuć psami, ale ja się tak strasznie jej boję, że już nie mogłam wytrzymać... Pokazałam ją Szwipsowi oczami i mówię cichutko: „Weź ją!”. Skoczył do niej i tak ją gonił po pokoju, tak gonił, tak gryzł, aż mi pogroziła i uciekła!

— Może już więcej nie przyjdzie! — wyjąkał, przerażony opowiadaniem, gdyż Wandzia zdała się być zupełnie przytomna.

— Będę ją teraz zawsze szczuła, skoro taka niegodziwa! — zawołała gniewnie. — Bo, mój wujciu, przychodzi, siada tu, gdzie teraz wujcio, i tak się strasznie patrzy na mnie. I chociaż zamykam oczy, i głowę kryję w poduszki, wciąż widzę, jak mi się przygląda; aż taki mnie strach ogarnia i tak się ze mną coś okropnego robi, że tego nie umiem wujciowi opowiedzieć... Ani się wtedy nie mogę ruszyć, ani mamy zawołać, ani nic... — Rozłożyła bezradnie rączki. — I dlaczego ona mnie straszy? — jęknęła żałośnie, przytulając się do niego jakby pod wpływem obawy.

— Nie bój się, ona już więcej nie przyjdzie... I nie trzeba o tym myśleć!

Weszła Ada, zapraszając go na herbatę.

— Mamusiu, wujcio będzie teraz przychodził codziennie!

Gdy całował ją na pożegnanie, szepnęła mu do ucha:

— Bo bym wujcia nie kochała!

Wyszedł z troską w duszy i długo wodził pustymi oczami dokoła.