Miss Betsy wróciła już do domu. Nie chciała panu przeszkadzać pożegnaniem i przy tym bardzo się śpieszyła, gdyż Mr Bartelet dostał dzisiaj nowego ataku, a Joe gdzieś wyjechał.

Nie zauważył nawet jej nieobecności, pochłonięty rozważaniem stanu Wandzi. Nastrój zapanował dręczący, niepokój mglił wszystkie spojrzenia; Ada co pewien czas zaglądała do chorej, a Henryk, boleśnie zgryziony i osłabły, wzdychał tylko, wodząc wystraszonymi oczami po obojgu.

— Wandzia opowiedziała mi wszystko, nawet i o szpicu! Nie mogę się w tym połapać! Jest przytomna, mądra, świadoma swego stanu i z najgłębszą wiarą opowiada rzeczy niemożebne. Jakby halucynowała na jawie... A może to jakaś autosugestia? Nic z tego nie rozumiem!

— Dla mnie zupełnie jasne. Mówiłam panu.

— Tak, ale ruda nieznajoma i jej złe, urokliwe oczy to nie fakt, a tylko pani przypuszczenia!

— Być może! A jednak coś tajemniczego zaciężyło nad nami... Czuję jej zły wpływ... Ale skąd nadchodzi nieszczęście? Komu przeszkadzają nasze ciche egzystencje? To mnie strasznie męczy.

— Jeśli tak jest, jak pani myśli, to musi pozostać nieodgadnione...

— Przede wszystkim musi być przezwyciężona ta zła i nikczemna moc.

— Sprowadzę jutro doktora, zajmującego się hipnotyzmem.

— Najlepiej by Wandzi zrobił powrót do domu — wtrącił nieśmiało Henryk.