Była otulona w futro tak szczelnie, że tylko chwilami, gdy mijali latarnię, spostrzegał jej płonące, ogromne oczy.
— Więc to dzisiaj! — Własny głos wydał mu się dziwnie obcy.
Pochylił się ku niej. Bił od niej strumień takiego żaru, że wzdrygnął się i zuchwale szukał jej rąk. Przysuwał się coraz bliżej, próbował nawet ją objąć i jakoś nie mógł tego dokonać, jakby niezmierna przestrzeń wciąż ich rozdzielała! A może tylko w marzeniu tego dokonywał? Coś mówił! Czy pytał o coś? I co ona mówi? Migocą błyskawice i huczą pioruny, jakby przemawiał sam Bóg. Jakaż to tajemnica wiąże ich na zawsze? Nie, nigdy sobie tego nie przypomni, nigdy.
Czy to niebo nagle się rozwarło, że taka radosna cisza otuliła mu serce? Opadły z nich wszelkie łachmany bytu i oto jawią się wśród ogromów, niby kierz gorejący, a wir słońca porywa ich dusze na szlaki wieczności!
Czy to jej usta dały mu się napić szaleństwa?
Czy to jej nagie ramiona opasywały go płomienistymi więzami?
Jakby śmierć zakołysała nim tęsknymi rękami zapomnienia.
Jakaś boskość w samym trwaniu! Być, nie czując więzów istnienia! Czuć, nie wiedząc nawet o sobie! Wciąż zapadać się w odmęty i wypływać falą szczęśliwości!
Jeszcze jeden pocałunek! Jeszcze jeden uścisk! Jeszcze jedno spojrzenie!
Pić rozkosz całym jestestwem i stawać się samym szczęściem! Niemy hymn zwycięskiej radości śpiewać! Któż potężniejszy, ty królu strachu i śmierci?