— Jest w zupełnej katalepsji! Trzeba czekać, aż się sam przebudzi.
— Myślę, że nie można go później zostawiać samego.
— Czekam właśnie na jego rodzinę. A może odwieźć go do lecznicy?
— To coś gorszego niźli choroba!
Zenon padł na krzesło, miotany coraz boleśniejszymi przewidywaniami, a Mr Smith zamyślił się głęboko i, spacerując mimowolnie, wodził po rzeczach taksującymi oczami. Jego wyschłe, kościane palce z lubością przesuwały się po jedwabiach obić i dotykały brązów.
— Na wszystkich drogach życia czyha szaleństwo! — odezwał się półgłosem Zenon, jakby odpowiadając własnym rozmyślaniom.
— Ale na tej, którą poszedł Joe, chwyta każdego! Już byłem kiedyś na niej i uratował mnie cud, cofnąłem się znad przepaści...
— Więc wystąpił pan ze zgromadzenia?
— Mówiłem o drogach, jakimi poszedł Joe! To są drogi zaprzeczań i szatańskiej pychy! Drogi zbuntowanych! Diametralnie się rozchodzimy! My wierzymy w Boga, on mu przeczy! My kochamy ludzkość i pracujemy nad jej zbawieniem, a oni mają do człowieka wzgardę i nienawiść! Przeklinają życie i chcą jego zagłady! Swoje wzniosłe ja przeciwstawiają całemu światu! A muszę przede wszystkim powiedzieć, że spirytyzm jest wiarą, ugruntowaną na wiedzy o nieśmiertelności wszelkiego stworzenia. Świat jest marzeniem Boga o samym sobie! — prawił z zapałem, wykładając zawiłe teorie siedmiu kręgów poznania, siedmiu sfer i całą apokalipsę teozofii.
Zenon milczał, przeżuwając różne strapienia.