— Bagh nikogo nie skrzywdzi, łagodniejszą jest niźli koty Mrs Tracy i mądrzejsza od wielu, wielu ludzi — objaśniał Mahatma łagodnie.
— Miałem to dziwne uczucie, że się rzuci na mnie — powiedział Zenon.
— Nie jest zbyt groźna, ma kaganiec przecież i spiłowane pazury.
— Tak, ale samą siłą skoku mogłaby zabić. Zresztą dosyć już mam samego jej wzroku; straszny... — wstrząsnął się nerwowo.
— I dlaczego właśnie pana sobie wybrała?
— Być może dlatego, że siedzę naprzeciw krzesła jej pani, że byłem najbliżej. Trudno przecież czymś innym tłumaczyć...
— A jednak musi być w tym coś innego, musi — upierał się siwy, o żółtej i pomarszczonej twarzy pan, siedzący za gospodynią.
Zenon roześmiał się głośno, tak dziecinne wydało mu się to przypuszczenie i tak wprost zabawne.
— Ja twierdzę jednak, że w tym tkwi coś — zawołał uporczywie.
— Pewnie, jakaś tajemnica bytu, jakaś transcendentalna zagadka! — rzucił złośliwie i niechętnie.