Naraz Zenon pochylił się do Joego i szepnął drwiąco:

— Cóż to, nawet Mahatma dzisiaj nie naucza i nie wyklina nas i kultury naszej!

— Boże, dałbym całe życie, dałbym mękę duszy najkrwawszą, żeby ten człowiek się mylił, żeby jego słowa nie były prawdą, prawdą trującą i gorzką jak życie — szeptał boleśnie Joe.

— Także to bronisz swojego dziedzictwa, Europejczyku?

— Rozszarpałbym je jak pantera, by tylko móc ze struchlałych wnętrzności wyrwać ich ducha trupiego i tchnąć w niego nowe, święte, prawdziwe człowiecze życie.

— I to mówi ten, który do niedawna sam roznosił śmierć i nienawiść...

— Ilem śmierci zadał, tyle razy dusza moja umarła w przekleństwie, więc niechaj po stokroć będą przeklęte dzieła wojny!

— Znam ten ton, znam. Poprzez ludy i wieki płynie jak ptak żałosny, błądzący przez otchłanie zatwardziałości, niedostrzeżony przez nikogo i zbędny śmiertelnym, zbędny! — powtórzył nagle z wezbraną goryczą.

— Nie, nie, słyszał go Zoroaster44, dostrzegli prorocy, ale dopiero w hinduskiej duszy usłał swoje gniazdo nieśmiertelne i tam — w dżunglach — żyje do dzisiaj i panuje litośnie.

— Więc idź, głoś pokutę za wczoraj i nowego jutra zmartwychwstanie — powiedział na wpół ironicznie, a na wpół boleśnie Zenon.