— Wiem o tym, że ktoś powinien powstać i ponieść światu zbawcze słowo; powinien, nim utonie wszystek w zbrodni...
— Widzę, żeś się zaraził od Mahatmy świętą gorączką.
— Nie żartuj, jego bowiem mądrość była mi zwierciadłem, w którym po raz pierwszy zobaczyłem siebie w całej istotnej nagości, siebie i nas wszystkich, nas, panów świata, nas, wybranych i jedynych, nas, władne, głupie i oszalałe z pychy bydlęta, nikczemne stado dusz strupieszałych, hordę zbrodni, zanurzoną w bagnisku hańby, niewolników Zła, czcicieli Przemocy, wyznawców Złota! — szeptał wyraźnie, prędko; palące, straszne słowa padały jak gromy, zabijały, rozdzierając duszę aż do dna przerażenia.
Zenon cofnął się nieco, uderzony jego wzrokiem, pełnym łez zakrzepłych z bólu, błyskawicznych lśnień i takiej mocy żalu, że poczuł, jak wszystkie nędze ludzkie uderzyły w tę duszę tkliwą i żebrzą ranami zbolałymi o miłosierdzie, wołają wszystkimi jękami o litość; że wszystek świat mieści się w jego wątłej piersi, wzbiera tam, huczy i miota się orkanem wszechmiłości i głodnym wiecznie łaknieniem dobra.
Odwrócił się jednak i powstał.
Do pokoju wchodziła Miss Daisy; skinieniem powitała wszystkich, siadając tuż przy Mahatmie i rozglądając się wokół.
Prawie upadł z powrotem na krzesło, nie odrywając już oczów od niej. Słowa Joego brzmiały mu jak dźwięki dalekie i nierozeznane. Naraz jakby się zapadł w błyskawicę, tak iż porażone olśnieniem oczy nie widziały już nic prócz światła jej bladej, cudownej twarzy, owianej wzburzoną wichurą włosów niby z miedzi rozzłoconej, prócz jej oczów podobnych do ogromnych kul najgłębszego i najżywszego szafiru, uwięzłych w łuku brwi, przecinających ciemnym ostrzem całe czoło — białe i wyniosłe.
— Zen! — szepnął mu do ucha Joe, oprzytomniony jego nagłą nieruchomością.
Nie odpowiedział; poszedł automatycznie do stołu, przysunął sobie krzesło, nalał herbaty i znowu oczy w niej utopił.
Ześlizgnęła się po jego twarzy zimnym jak ostrze szafirowe lśnieniem spojrzenia, rozmawiając z Mrs Tracy, stojącą przy niej.