Słuchał uważnie, nie mogąc jednak skupić w sobie dźwięków i zrozumieć; był jakby we śnie autohipnotycznym, nie wiedząc, co się z nim stało — obecny, a zgoła przepadły w mgławicach nagłej niepamięci wszystkiego, tak że poruszał się w jakiejś próżni głuchej i ciemnej, uczepiony tylko jej oczów. Reszta wypełzła z niego jak woda z rozbitego czerepu, była tylko koniecznością nieświadomą krążenia w orbicie Daisy, za jej zjawą ucieleśnioną.

Ale nikt nie spostrzegł jego stanu, bo zachowywał się normalnie: rozmawiał i odpowiadał, nie wiedząc o tym zupełnie, snać w odruchu przyzwyczajenia, zwykłym automatyzmem organów.

Przesiadł się bliżej Daisy, tak że owionął go zapach fiołków, jakich używała, a każdy szmer jej ruchów przejmował go dziwnym drżeniem.

Rozmowy zaczęły się ożywiać, nuda ustępowała z wolna. Suchy i żółty pan spierał się bardzo gorąco z Joem, kilka pań przeniosło się spod ścian, obsiadając kominek, a kilku mężczyzn obstąpiło Joego, przysłuchując się sporowi. Nawet Mahatma rozjaśnił twarz — jakby ze starej kości słoniowej uczynioną; gładził białą brodę i coraz częściej brał udział w rozmowie. Tylko Mrs Tracy spacerowała wraz z kotami w dalszym ciągu, a Daisy, milcząc, przeglądała jakieś pismo.

— Widziałem panią na skwerze Trafalgarskim — ozwał się niespodziewanie Zenon, lecz jakby to mówił nie on, tak obcy miał głos; poruszał ustami, ale twarz nie wyrażała nic, a spojrzenie było puste i również obce słowom.

— Przechodziłam tamtędy, ale w takiej mgle trudno było rozróżnić jakąkolwiek twarz — odpowiedziała, nie podnosząc głowy.

— Że pani nie zbłądziła... Londyn podczas mgły to otchłań, łatwo mogą się zgubić nawet ci, którzy go znają — mówił spokojnie, cicho prawie; ale to znowu był nie on, to były tylko te myśli, jakie w nim powstały po jej spotkaniu, które wypełzły z jakiejś ciemni zapomnianej, zaczęły się same wysnuwać, niby bytami odrębnymi się stając, i wionęły na świat dźwiękiem zupełnie mu obcym i treścią zgoła niezrozumianą.

— Chodziłam z dobrym przewodnikiem! — odparła po chwili, podnosząc z wolna głowę i spoglądając mu prosto w oczy tak strzelistym, przenikającym i potężnym spojrzeniem, że cofnął się jakby pod uderzeniem.

Ten błysk rozdarł w nim ciemności, rozświetlając budzącą błyskawicę na wskroś duszy odrętwiałej, tak że nagle powstał w sobie — wszystek żywego czucia i myśli pełny — spajając bezwiednie chwilę obecną z tamtą, przeżywaną przed kominkiem. Ale to, co było później, runęło gromem w głąb nieznaną, rozpadło się w struchlały pył zapomnienia; nie wiedział wprost, że istniało.

Poczuł się dziwnie spokojny, rzeźwy i sobą władający. Przysłuchiwał się chwilę rozmowie głośnej, patrzył na Mahatmę, który powstawał właśnie i szedł do Joego, a zniżając głos, mówił do Daisy: