— A innych nie znam, więc i nie wiem dotąd o ich istnieniu.
— Muszą być... Istnieją na pewno... Bywają takie, o jakich i sny nie dają wyobrażenia, najbardziej dręczące sny.
— Przypuszczam, że w zamętach dusz, w chorych mózgach mogą brać początek przerażające i straszliwe zjawy.
— Nie tylko tam ich źródło, mogą bowiem trwać przyczajone i obok nas, w świecie żywym, tylko że istniejącym daleko poza promieniem naszego materialnego widzenia, w polu drugiego wzroku.
Głos jej ścichł i zadrgał szeptem trwożnym. Pochyliła głowę nad pismem, ale oczy błądziły — zgaszone — po pokoju.
Nie wrócili już do swobodnego tonu; próżno się starał o to. Poruszał kwestie różne i przedmioty, usiłował nawet ironią wyrwać ją z tego milczącego osłupienia. Odpowiadała niechętnie, a często niecierpliwie, nie spoglądając już na niego, nie widząc prawie, że dotknięty, obrażony niemal, powstał bez słowa.
Przeszedł się po pokoju, ale tak niezręcznie, iż omal nie stratował kotów. Dość chłodno przeprosił Mrs Tracy i podrażniony siadł do fisharmonii, błądząc palcami od niechcenia po klawiszach i rozmyślając o dziwnym zachowaniu Daisy.
W głębi, obok kominka stał Mahatma z Joem w grupie kilku mężczyzn; rozmawiali głośno i żywo, ale Zenon posłyszał tylko ostatnie zdanie Hindusa:
— Są tylko jedne prawa, rządzące światem, prawa ducha nieśmiertelnego. Reszta to pozór, omam lub zarozumiała, uczona głupota!
Nie słuchał już więcej, bo bezwiednie zadźwięczała mu pod palcami ta melodia, której nie mógł sobie przypomnieć, wychodząc z seansu, i próżno ją chciał wyrwać z siebie przez całe trzy dni. Przyszła mu teraz sama, spłynęła w całości — była zdumiewająca w prostocie i w dziwnym, nigdy niesłyszanym rytmie, obca mu zupełnie w formie i w swej treści muzycznej. Grał ją uważnie, uczył się jej na pamięć, powtarzał, rozkoszując się jej groźną pięknością.