Zbudził się w nim artysta z taką siłą, że już nie słyszał otoczenia, porwany potęgą tej pieśni dzikiej, ognistej, a przesyconej tęsknicą; ale im głębiej wsłuchiwał się w te dźwięki, tym silniej wyrastały z nich przypomnienia jakieś blade i odlegle słów gdzieś usłyszanych, jakiegoś głosu, który te słowa śpiewał, jakiegoś krajobrazu zarazem...
Miał to już pod czaszką, na ustach niemal, a nie mógł sobie przypomnieć.
— Potężny hymn jakby zbuntowanych aniołów. Skąd go pan zna? — posłyszał za sobą cichy głos Daisy.
— Sam dobrze nie wiem! A pani jest znana ta pieśń?
— Tak, przypominam ją sobie skądś...
— To mi pani pomoże, bo jakieś słowa błądzą mi w pamięci, jakiś śpiew, który gdzieś słyszałem, a nie mogę sobie przypomnieć... I to gdzieś niedawno chyba... Zdaje mi się chwilami, że to było tam, na seansie u Mr Joego... Pamięta pani? — zapytał podstępnie o to, o co wprost pytać nie śmiał przedtem.
— Nie bywam na seansach u Mr Joego — głos jej zadźwięczał twardo.
— Jak to? Ależ widziałem tam panią, wszyscyśmy widzieli...
— Być może, ale nie byłam — gniewem rozbłysły jej oczy.
— Ja także nie kłamię — szepnął porywczo i dumnie.