Poznawszy źródło gniewu, odeszła uspokojona. Czuła się dziwnie radośnie usposobiona; zarzucała Zenona nieskończonymi pytaniami.
Odpowiadał wesoło, często nawet żartobliwie, bo z lada powodu wybuchała śmiechem. Szczerze się śmiała, ale z trudem niemałym, powstrzymując pytanie o Daisy. To imię stawało się jej nienawistne, parzyło usta i przenikało jakąś jeszcze ciemną obawą — a mimo to budziło aż prawie bolesną i dręczącą ciekawość.
Zenon zaczynał to odczuwać po urywanych i poplątanych słowach, po lukach, jakie były w rozpytywaniach o każdy niemal dzień spędzony z dala od nich, o znajomych, o prace jego; a nawet czasem już wyraźnie wiedział po niemych, bezwiednych ruchach ust, iż tam, poza nimi, tkwi to imię złowrogie, że ona je przeżuwa, niby palące ostrze, a wymówić jeszcze nie śmie. A nie chciał dopuścić do tego, nie wiedząc sam dobrze dlaczego. Lękał się tego pytania, więc silił się umyślnie na humor, robił dowcipy, opowiadał zabawne anegdoty, byle tylko odwlec tę chwilę na później, lub ją zagubić zupełnie... Ale rozmowa się rwała, tematy wyczerpywały się prędko i następowały coraz częstsze i dłuższe milczenia, niepokojące pauzy, w których ich oczy, obciążone tą utajoną troską, uciekały od siebie spłoszone, niepokoju pełne.
Na szczęście Miss Dolly przysiadła się do nich i rozbolałym głosem i tonem oburzenia zaczęła pomstować na jakąś sztukę Dumasa50, którą widziała przed kilku dniami — z Sarah Bernhardt51 w roli głównej.
Miss Dolly była namiętną nieprzyjaciółką mężczyzn, przewodniczącą nawet w Klubie Niezawisłych Kobiet, prorokinią przyszłego matriarchatu i zapalczywą bojowniczką o prawa kobiet. Już od pierwszego słowa zajadle powstała przeciwko słynnej wówczas tezie Dumasowskiej „Tue-la”52.
— Zbrodnicze i hańbiące głupstwo taka teoria! Zabij ją? A za co? I któż ma prawo decydować o życiu kobiety prócz niej samej, kto? Gdzież jej winy? Że nie chce być jego własnością, że ucieka spod tyranii, że żąda dla siebie praw i wolności, że chce żyć swoim własnym, samodzielnym życiem; więc zamorduj, okuj w kajdany, rzuć ją na dno nieszczęścia i hańby, podepcz jej duszę i serce, odbierz człowieczeństwo — niechaj drży co chwila przed wzrokiem swego właściciela, niechaj na klęczkach odgaduje jego zamysły, niechaj będzie echem jego, cieniem, niechaj rodzi mu dzieci i służebnicą mu będzie najniższą, najbardziej uległą, najcichszą... Bo pan tak chce, pan stanowi prawa, pan ma siłę, władzę i pieniądze, więc się tak stać musi. A jeśli się sprzeciwi w czymkolwiek, zabij ją! Tak jest w życiu, aż oto przychodzi Francuz plugawy i ośmiela się potworną teorię mówić nam ze sceny; a my słuchamy, my serio dysputujemy o tym głupim i złym frazesie. O siostry-kobiety, o męczennice przemocy męskiej!
— Święte duchy, przykute do bydląt; dalszy ciąg znamy z mów twoich i odezw! — ozwał się naraz drwiąco Mr Bartelet.
Miss Dolly wzdrygnęła się, milknąc na razie.
— Deklamuj, Dolly, powinnaś zostać pierwszą kaznodziejką w tym feministycznym kościele przyszłości; masz wszystkie warunki: głos rozległy, wiarę silną, lekceważenie prawdy, nienawiść cudzych przekonań i wielki zapas wielce patetycznych i głupich dostatecznie frazesów. Wszak tylko tym stoją wszyscy trybunowie!
— Gbur i tyran! — zionęła przez zaciśnięte zęby, obrzucając go wyniośle pogardliwym spojrzeniem.