Tak niedawno była Warszawa, a teraz morze... straszne morze, przyglądałam się, ale nie widać rekinów ani wieloryba... okręt... baron... tu maszyny huczą, tu się kołysze... tu noc... a tu ci Anglicy, którzy śpią na tych porozkładanych fotelach...
Naprawdę, to wszystko jak w bajce. Nie wiem, czy te wszystkie cuda będę umiała opowiedzieć...
Ma chce już spać, a ja bym tak ciągle, ciągle płynęła do Wenecji!
Dobranoc, morze, dobranoc, baronie Pfaffy-Terek... dobranoc wszystko, bo taka jestem szczęśliwa, że to coś okropnego... Tak wyraźnie to mi się nie oświadczył... jeszcze, przecież znamy się dopiero dwa dni... Mamy razem pojechać aż do Neapolu...
Później, już w kajucie
Wcale spać nie mogę... coś się strasznego dzieje naokoło...
Stokrotki tak piszczą żałośnie...
Okręt tak się kołysze strasznie, a tak wszystko drży — Jezus, a tak się błyska, tak woda bije w ściany!... Jezus! Maria! Burza, na pewno burza!... tak mi się w głowie kręci... Ma płacze...
Ubrałyśmy się na nowo... trzeszczy wszystko!...
Tak duszno... Okręt skacze jak po zagonach!...