Nie chcę, żeby mnie przez niego spotykały nieszczęścia...

*

To wszystko tak było:

Pa wyszedł ze Stokrotkami, żeby się trochę przeszły przed jazdą... łzy zalewają mi oczy, jak sobie przypomnę.

Mój Boże, tak aportował, tak chodził na dwóch łapkach, tak umiał za mną nosić parasolkę i... nie żyje.

Och, Ma rację ma, że nie wiadomo dnia ani godziny!

Pa poprowadził je nad morze... stały przy nim i patrzyli wszyscy na wodę... a na gondoli przy brzegu stał pies jakiś i szczekał, Stokrotki też szczekały i zaczęły się rzucać... aż Pa odszedł dalej, żeby się nie rozdrażniały, bo później zawsze chorują... Szedł jakiś Włoch, no, taki oberwus, jak oni wszyscy!

Gwizdał na Stokrotki i z pewnością je podrażnił, bo one zawsze takie łagodne... i ten młodszy rzucił się i ugryzł go podobno... przecież taki mały piesek nie mógł mu krzywdy zrobić, najwyżej może rozerwał mu te jego... łachmany! A ten złapał go za skórę i rzucił do morza!!!

Czemu tam mnie nie było! Zabiłabym go parasolką!

I rzucił tak prosto... na śmierć... do morza!