Mój Boże, żebyśmy pojechali do Rzymu — to już pierwszemu, jakiego spotkam, dziadowi192 dam rubla, a jak wrócę do Warszawy — to zaraz dam tę jesienną suknię córce stróża, chociaż naprawdę ona jeszcze zupełnie dobra i trochę mi jej szkoda.
*
Cicho, Stokrotku... cicho, sieroto... cicho, mój zakręcony ogonku... niech tylko po jedziemy do Rzymu, to już ja ci będę towarzyszką i matką, i siostrą, i wszystkim... cicho, moja sieroto... cicho...
A Ma wciąż kłóci się z Pa.
*
Boże, takam zmęczona i nieszczęśliwa!
Ach, żeby to już odpocząć!
Pan Hiacynt mówi, że szczęście jest tam — „na łąkach prabytu, gdzie chodzą nagie wszechbyty i płyną strugi przepotężnej gliceryny pod fuksjami absolutu...”.
Ale po cóż mi gliceryna?
Głupi Żydziak ten pan Hiacynt, że to ja się od razu nie poznałam na tych głupstwach fałszywych dekadentów — bo przecież on nie mówi Przybyszewskiemu „Stachu”.