24 marca. Sobota

Jedziemy we wtorek; Boże, czy ja się doczekam.

Tak się boję, żebym nie umarła albo nie zachorowała przed wyjazdem! Pan Henryk przysłał mi kwiaty i lożę na operę. Śpiewa Battistini47! Strasznie jestem ciekawa go zobaczyć, bo wszystkie panny się w nim kochają...

Wieczorem, po teatrze

Jakie toalety, jakie brylanty, jakie kwiaty! Jestem jeszcze nieprzytomna z wrażenia! Boże, jakżebym chciała mieć suknię balową, głęboko dekoltowaną, i sznury brylantów we włosach!

Przecież mam już osiemnaście lat, jestem dorosła, a Ma obiecuje mi dopiero na przyszły karnawał sprawić suknię dekolte, a ja mam przecież śliczny biust. Zdjęłam szlafroczek i przejrzałam się teraz, naprawdę, ale mam ładne ramiona... a jeszcze jakbym do balowej sukni wzięła wysoki gorset, to... to... nie wyglądałabym w piersiach tak szczupło.

Jaki on śliczny, a jak śpiewa! Aż mrówki czułam w plecach i tak mi się zrobiło gorąco i niedobrze, że myślałam, iż zemdleję... aż mi Ma rozpuściła trochę gorset. Nie, on nie jest za ciasny, tylko Rozalia za mocno ściągnęła. Teatr był pełny, panowie we frakach i taki entuzjazm, że aż panie płakały, a jedna, w loży naprzeciwko, dostała spazmów i wszystkie tak krzyczały, tak rzucały kwiaty, tak bisowały, że... aż nie wiem, czy wypada... tak przy wszystkich...

Pan Henryk powiedział, że to damy z finansów i arystokracji.

W wielkim świecie, widać, to wypada, ale ja bym się trochę wstydziła...

Wyszliśmy przed skończeniem, bo Ma dostała migreny i niepokoiła się, żeby czasem Rozalia na złość nie dała Stokrotkom gulaszu z obiadu, mogłoby im to zaszkodzić.