O, ja bym już całe życie się gniewała. I właśnie na złość, kiedy mąż przychodzi późno, to i ja bym przychodziła jeszcze później, jeździłabym na bale, tańczyła, chodziła na maskarady, do teatrów. Oho! znalazłabym zawsze kogoś, kto by mnie odprowadzał. To nie takie trudne.
Przecież tej doktorowej z pierwszego piętra to zawsze towarzyszy ten wysoki blondyn... Już się Ma nawet tym gorszy.
A jakby mi mąż robił wymówki, to powiedziałabym zimno, nie patrząc na niego: „Co, mój mężu? Dobrze, mój mężu? Jak chcesz, mój mężu!”. Ciekawą miałby minę i na pewno oduczyłby się przychodzenia nad ranem.
Teraz dopiero rozumiem, co ciocia zawsze mówi Ma:
— Kobieta, jeśli chce być szczęśliwą, musi sobie męża wychowywać i urabiać. Od pierwszego dnia nie pozwalać na żadne wybryki i trzymać go żelazną ręką. Obietnicą pieszczoty można mężczyzn zaprowadzić chociażby do zbrodni!...
Ciocia miała trzech mężów, no i tak ich urabiała... że pomarli! Ale swoją drogą ma rację, bo jak się gniewam na pana Henryka i nie dam się c..., to taki pokorny, tak mi w oczy patrzy prosząco i zawsze później robi to wszystko, czego chciałam...
A Ma, jak się gniewa z Pa, to zawsze dysponuje Rozalii przy kolacji:
— Pościelesz panu w gabinecie!
*
Już ja nie będę nieszczęśliwą — nie ma głupich!