Później
Zrobiłyśmy z mamą kilka wizyt pożegnalnych. Wszędzie się ogromnie dziwiono, że jedziemy do Włoch, winszowano tak serdecznie, życzono przyjemnej i wesołej podróży...
Nie mnie brać na serdeczność, wiem dobrze, jak nam zazdroszczą.
Ma tłumaczyła, że jeszcze dwa lata temu podczas choroby złożyła ślub, że na podziękowanie za wyzdrowienie odbędzie pielgrzymkę do Rzymu i innych miejsc cudownych.
Ciekawam, po co takie tłumaczenie?...
Jedziemy do Włoch, bo nam się tak podoba, bo mamy na to, i koniec. Niech nam zazdroszczą, ja to strasznie lubię.
Wstąpiłyśmy do Hersego. Nie, nic nam nie potrzeba, ale ja tak lubię oglądać materiały... Takie chłodne te jedwabie i takie miękkie, że ile razy zanurzę w nich ręce, to mnie przejmuje dziwny, rozkoszny dreszcz... A przy tym u Hersego można zawsze zobaczyć jakiś nowy fason, który już z opowiadania robi nam nasza krawcowa; a czasem zdarzy się tanio kupić jakąś resztkę...
Jutro rano, o szóstej, odprawi u Karmelitów ksiądz mszę na intencję szczęśliwej podróży!
Pójdziemy wszyscy, a Ma prosiła na nią i znajomych bliższych, i niektórych lokatorów.
Wątpię, czy przyjdą, chyba lokatorowie, żeby potem nie zapłacić! Gdyby to mnie tak prosili, nie poszłabym! A jakże, życzyć szczęśliwej drogi innym, a samej w domu siedzieć.