No tak, ma się rozumieć, zapomniałam grzebyka, a to wszystko przez Pa, tak się śpieszył, tak naglił, a potem całe dziesięć minut czekaliśmy jeszcze. Na pewno, skoro go Rozalia znajdzie — „zje śledzia”110.
Śnieg pada coraz gęstszy. Przypudrowałam się trochę, bo mnie ogromnie twarz pali, muszą o mnie mówić w Warszawie. Na stacjach pełno Żydów i brudnych, obdartych ludzi, a nikogo z towarzystwa! Mam jeszcze trzy pudełka cukierków. W Wenecji muszę koniecznie kupić sobie żabot koronkowy.
Jakaś stacja
Pa się przebudził i koniecznie chciał iść na piwo, ale pociąg zaraz ruszył... — Pa zwymyślał konduktora i powiedział, że zaraz w Granicy111 napisze zażalenie na takie nieporządki.
Śnieg przestał padać. A nawet słońce prześwituje, ale tak nisko, jakby miało spaść...
Aha, tak: „Ostatnie promienie zachodzącego słońca padały na uśpioną czarną ziemię” — niedobrze, bo ziemia jest biała od śniegu.
Chciałabym tę kartę dla Ceśki ładnie napisać. Zaraz:
„Najdroższa moja. Jedziemy szalenie. Do Włoch jeszcze daleko, ale już minęliśmy Piotrków, przejechali nawet Częstochowę. Smutno mi, tak mi żal ciebie, że nie jedziesz. Śnieg białymi puchami zasypywał ziemię, a teraz słońce zachodzi i ponury mrok przysłania słomiane strzechy wiosek, lasów, miast... Zaraz przejedziemy granicę... a ostatnie promienie zachodzącego słońca ślą nam na pożegnanie od opuszczonej, drogiej ziemi rodzinnej i od Ciebie, Najdroższa, czego Ci życzy
Twoja Hala
P. S. Ucałuj ode mnie Nacię.