O, mnie nigdy przeczucia nie zawodzą: najpierw grzebień, potem ta historia na granicy, a teraz, że nie ma gdzie zobaczyć tutejszego towarzystwa! Naprawdę, ale żeby nie Przybyszewski, toby tutaj zupełnie nie było co oglądać!

I zaprowadził nas na Planty! Błoto chyba po kolana, jak u nas na Pradze, jakieś podejrzane osoby i trochę księży, to całe towarzystwo!

Kuzynek pokazywał nam „Rondel”117, śmieszna nazwa, i tę Bramę Floriańską, ale to nic szczególnego, brudne, odrapane i wcale nieładne. Pa powiedział, że to tylko szkoda tak porządnego placu, bo w tym miejscu mogłyby stać porządne domy o czterech frontach, ze sklepami na dole, toby się lepiej opłaciło miastu niż te rumowiska!... No, i z pewnością byłoby ładniej.

Floriańską poszliśmy na A–B118, którą kuzynek Jaś nazywa Linią Analfabetów, ale nie wiem, dlaczego, bo mnie się podoba ta nazwa A–B — to jakoś tajemniczo brzmi... jak z romansu.

Obejrzeliśmy wystawy! Boże zmiłuj się, ja nie wiem, ale naprawdę to tutaj kupują chyba same pokojówki i kucharki! Takie wszystko ordynarne, bez gustu, taka tandeta... u nas na Nalewkach to sto razy lepsze rzeczy sprzedają!... tylko że ogromnie tanio. Weszłyśmy do paru sklepów... ogromnie tanio i wszędzie można mówić po niemiecku. Ma kupiła mi śliczną matinkę119 i tylko za 25 guldenów, u nas to by kosztowało ze 20 rubli.

Rynek taki sobie, u nas plac Teatralny znacznie ładniejszy, tylko Sukiennice ładne, ale na ulicach prawie nikogo, ani jednej sukni, ani jednego możliwego kapelusza i nigdzie nie widać studentów, u nas to przecież zawsze można ich spotkać na ulicy.

A kuzynek Jaś powiada, że i tutaj nie robią nic innego, tylko się włóczą po mieście, ale że nie noszą mundurów, to się nie odznaczają.

Jak to? Studenci nie noszą mundurów!

To nie do uwierzenia, to coś okropnego!

Ależ to barbarzyńskie, obrzydliwe, to nie do uwierzenia, żeby studenci chodzili bez mundurów i wyglądali na pierwszych lepszych!... Żeby nikt tego nie widział, że są studentami! Nie, nigdy bym tutaj nie chciała być studentem...