Po herbacie Pa i Ma z ciocią poszli do drugiego pokoju. A ja, pan Hiacynt, pan Adalbert i kuzynek Jaś zostaliśmy sami.

Taka jestem wzruszona, że jeszcze uspokoić się nie mogę... bo cały czas pan Hiacynt rozmawiał ze mną... a tak patrzył... tak cudnie mówił i tak mnie całował po rękach... nie śmiałam mu zabronić... bo tak mówił wtedy o nieśmiertelności... o sztuce... o nagim wszechbycie... o czuciach zielonych kamieni... o białym koniu i o słońcu zgniłym. Aż mi się w głowie mąciło.

Nie, chyba o tym nie napiszę panu Henrykowi, nie zrozumiałby i jeszcze by się śmiał ze mnie.

I mówił jeszcze, że już od dzieciństwa szuka absolutu. Doprawdy, ale nie śmiałam się pytać, co to takiego?

Ale... pan Hiacynt i pan Adalbert nie są z tych, co to Przybyszewskiemu mówią „Stachu”. Oni są jego przeciwnikami!

Pan Hiacynt powiada, że Przybyszewski to nie dekadent, a tylko „filister”131, a zaledwie Jan Chrzciciel jego i Adalberta!...

Mają założyć pismo, które drukować się będzie na czarnym papierze zielonymi literami, i tam dopiero mają wypowiedzieć wojnę całemu światu — i Przybyszewskiemu, a nawet i Miriam132 jest „filistrem”.

Miriam! Nie, nie słyszałam nigdy o takiej literatce!133 I potem napisał mi ten poemat:

*

Na ulicach miasta leży śnieg, a deszcz tak pada, pada, pada...