— Ady tyle nastawiali, że, gdyby człowiek zważał na nie, to musiałby chodzić z czapką w garści — odburknął jakoś niechętnie.
— Nic dziwnego, bo dawniej nawet przewalonych nie było wolno podnieść.
— Dużo im przyjdzie z nowych! Tylko drzewa namarnują!...
— Przecież i prawosławni swoje stawiają...
— Jak im naczelnik przykaże i dobrze zapłaci, to stawiają! — warknął złośliwie, osadzając konie na miejscu, gdyż nagle wychyliła się ze zbóż kompania i wchodziła na naszą drogę.
Na przedzie jaśniał złocisty, ośmioramienny krzyż, a za nim cisnęło się kilkadziesiąt starych bab i wyrostków. Przyklękli na chwilę pod krzyżem, i ktoś zaintonował czystym, donośnym głosem:
Kiedy ranne wstają zorze...
Tłum ruszył i zawtórował pełną piersią, aż pieśń poniosła się nad pola nieobjęte i biła ku wschodzącemu słońcu:
Tobie ziemia, Tobie morze...
Śpiewali po polsku; słyszałem każde słowo, a nie mogłem uwierzyć.