Cofnął głowę i stał oparty ramieniem o drzwiczki karety.
— Czemu oni nie ruszają? — jęczała z głębi karety ciotka towarzysząca Lucy.
— Muszę już panią pożegnać.
— Jeszcze chwilę, proszę o rękę.
Rzucił oczami na sznur powozów stojących w jednej linii i podał ją nieznacznie, zasłaniając sobą ten ruch.
Podniosła ją szybko do ust, ucałowała mocno i pogłaskała sobie brodę i szyję jego palcami.
— Wariatka! — szepnął, odsuwając się od okna na dozwoloną względami towarzyskimi odległość.
— Kocham cię, Karl! Przyjdź dzisiaj koniecznie, chcę ci coś powiedzieć bardzo ważnego! — szeptała cicho i purpurowe usta płonęły jej i wysuwały się do pocałunków, a oczy błyszczały promiennie.
— Do widzenia paniom! — wyrzekł głośno.
— Mąż mój przyjeżdża jutro, może pan o nas nie zapomni! Przyjdź!