Nieraz sosnę, co była świadkiem mojéj pracy,
Wypróchniła zgnilizna, podgryźli robacy59,
A mój robak, co trupa wietrzył już z daleka,
Dotąd się spragnionego żéru nie doczeka.
Już oniemiały język przyschnął mi do gardła,
Mój się topor wyszczerbił, siermięga podarła,
Cóż począć — myślę sobie — zgon idzie powoli,
Lecz trzeba żyć dla pracy, dla pokuty gwoli60,
Nie rzucę cię sam przez się, mój dobry pszczelniku61,
Siekiera się jakkolwiek zostrzy na kamyku,