Na pracy i pokucie, na głodzie i zimnie,

Kiedy wszystko starzało, umiérało przy mnie.

Gdy dęby, które pomnę125 z zieleniuchném czołem,

Poschły i poginęły — a ja nie zginąłem.

Nieraz sosnę, co była świadkiem mojéj pracy,

Wypróchniła zgnilizna, podgryźli robacy126,

A mój robak, co trupa wietrzył już z daleka,

Dotąd się spragnionego żéru nie doczeka.

Już oniemiały język przyschnął mi do gardła,

Mój się topor wyszczerbił, siermięga podarła,