I chwyta go za rękę, i jak młode sarnię,
Bieży z wału — to dzikie zarośle odgarnie,
To przeskoczy przez kamień — „spiesz się, spiesz, młodzianie!”
Aż serce jej kołace, aż oddech ustanie,
A oczy jej tak iskrzą, jakby słońce we dnie,
A lice to skraśnieje, to znowu poblednie;
Ransdorf tuż za nią dąży, lecz zgadnąć nie zdoła,
Jaką śmiercią mu grozi i dokąd go woła;
Jedno tylko rozumie: że tak dni i lata
Leciałby z nią i leciał aż na koniec świata.