Miasto miało twarz przerażoną,

Masyw dziwnie odarty i goły,

Patrzyły w ulicę puste okna,

Jak martwe oczodoły.

Czasem krzyk jak ptak zabłąkany

Był podzwonnym śmierci bez racji,

Apatyczni jeździli rikszami

Panowie sytuacji.

Czasem tupot i szurgot, i cisza,

Ktoś w przelocie rozmowę miał śpieszną,