— My, panie, reemigranty, w Argentynie pracowali na fazendzie u Lamasa...
— Ty, Stiepa, wychodź, a nie gadaj z nim — powiada znów pyskaty Iwaszka.
Już nic nie mówię, tylko idę na górę — zły, żem się z nimi wdał w rozmowę. Hm, nieudany ranek. Skarżę się panu De.
— Dobrze panu tak, po co pan zaczepia ludzi?
— No cóż, na okręcie tak mało atrakcji — mówię.
— Zajmij się pan czymś lepiej — powiada surowo pan De.
Siadam do angielskiego i czytam: „Pewna dziewczyna spytała ludzi patrząc na nowy księżyc: «Cóż się też stało ze starym księżycem?» — «On umarł na suchoty» — odpowiedział jej pewien mężczyzna”...
— Może zagramy w karty? — pytam się pana De.
— Ej, nie może pan trochę przysiąść fałdów... no, dawaj pan te karty!
Przegrywam w milczeniu, tylko naczynia cicho pobrzękują u stewarda, mnie także rzuca w fotelu roztańczony okręt. Przyszedł steward i kazał nam się posunąć, bo tu będzie nakrywał. Przesuwamy się i gramy dalej.