— Mógłby pan przestać śpiewać — mówię do swego partnera.

— A pan nie śpiewa, jak pan wygrywa... też pan śpiewa cumparsitę8...

— Ale pan śpiewa bez melodii, jedno w kółko!

— Każdy śpiewa, jak umie, drogi panie... Biorę siódemkę karo, o!

Na progu staje kapitan, mówi „olrajt” i rzuca beret na szafkę. Ubrany jest w świeżo wyprane drelichy, oczka ma wesołe. Obieram sobie gotowane kartofle ze skóry i jem je ze śledziem. Ni stąd, ni zowąd pan De rozmawia z kapitanem po angielsku. Jasne, że mnie na złość, bo ja źle mówię tym językiem. Rozmawiają o wojnie boliwijsko-paragwajskiej. Energicznie zawiadamiam kapitana po hiszpańsku, że ja tam byłem. W Paragwaju, w samej stolicy, w Asunción. Zaczynam opowiadać, a pan De milczy, bo tam nie był. Zjeżdżamy powoli na te łatwe, paragwajskie dziewczyny, ale ten mnie znów dystansuje opowiadaniem o prostytucji w Argentynie. Po zupie (grochowej) kapitan zaczyna opowiadać o wojnie światowej; brał w niej udział także nasz telegrafista, stracił tam swoją męskość i teraz jest bardzo nieszczęśliwy. Ahaa! A kapitan jest plotkarz, bo o takich rzeczach się nie mówi. I jeszcze po wstaniu od stołu zatrzymał się trochę i dorzucił kilka szczegółów. Coś jeszcze o narzeczonej tego telegrafisty. Pytam się go, co to za jedni, ci Ukraińcy? Ano pasażerowie, zapłacili i jadą. Poszedł sobie. Gramy dalej, teraz ja śpiewam, ale pan De jest taktowny i nie zwraca mi uwagi. Kończymy partię, pan De wtaszczył się na górę, ja też się kładę i czytam książkę Nowaczyńskiego pt. System doktora Caro9. To jest świetna lektura na taką jazdę towarowym pudłem z kapitanem pleciuchem. Taki zdolny jest ten pan Dodek Nowaczyński, tylko szkoda, że do tych endeków przystał. Styl ma dziwaczny, ale widać endecy potrzebują takiego stylu. O, jaki kalamburek!: „Taka Sara z takiej rasy!” Ot, Żydów pewnie nie lubisz, niedobry! A ser z Saary lubisz?

Snem mi się wydaje po tej lekturze nasz rozbujały okręt na rozśpiewanym Atlantyku. Ale smutno trochę jest też, swoją drogą. Widzę Polskę w krajobrazach, w porach roku. Zamykam oczy: zaśnieżone pola, badyle, martwota, ptactwo przemarznięte... Albo: wiatr pogania zeschłe liście aleją starego parku, ciska je także na staw pomarszczony... Smutno. A tu co? Nawet mew już nie ma; morze i okręt, i niebo — wszystko w ustawicznym ruchu, obca mowa trzeszczy w zębach jakby piaskiem sypnął. Pan De też dziwny: czyści paznokcie, a choćby teraz — chustki do nosa pierze sobie w łazience, co myśli? Też nie wiadomo! Siądę chyba do pisania. A tu myśl w głowie kołacze się nienowa, słowa zużyte — dawno napisane. I tak schodzi do kolacji. Jadło nie smakuje, choć zdrowe i dobre. A już te rozmowy: o wojnach, o wódce, o nieważnych zdarzeniach — nieudolnie opowiadane, ze śmiechem, gdzie nie trzeba. Wieczorem chodzę po pokładzie z upartym pragnieniem ruchu, przeginam się na wszystkie strony, łowię uciekającą podłogę — aż do potów. I znowuż usnąć trudno; roi się w głowie od wspomnień najdrobniejszych, nudne żale jątrzą umysł... Z Krzyżem Południa10 też bujda... mnóstwo tutaj jest tych krzyżów!

30 czerwca

Niedzieli się tutaj nie odczuwa, bo marynarze pracują we wszystkie dnie swoich podróży na morzu. Pierwszy wstaje pan De. Idzie do łazienki, tam parska i śpiewa wesołe lub smętne pieśni. Jest to człowiek żyjący własnym życiem. A ja nie żyję swoim życiem, bo to życie na okręcie nie jest moje, jestem obcy samemu sobie. Rano wywlekam się ze swojej skrzyni, jestem zmęczony wypoczynkiem i patrzę jałowo w jednostajną przestrzeń dnia. W łazience zachowuję się bez entuzjazmu powitania z tym dniem. Jeśli mi jakiś przedmiot wpadnie pod wannę, rad jestem, że wypadek zajął mnie czymś na chwilę. Zapuszczam wąsy i ciekaw jestem, jak też będę z nimi wyglądał. Wziąłem ze sobą zegarek, daję nurka w wannie i staram się pobić rekord dnia poprzedniego. W wodzie otwieram oczy i rozglądam się — ale nic nie widać, sama zielonkawa mętność. Dzisiaj minuta i pół. Podczas ubierania się myślę o śniadaniu. Co dziś będzie — boczek z fasolą czy jajka na miękko? Jeśli boczek, to praca nad rozpoczętym wczoraj artykułem raźniej mi i dzisiaj pójdzie. Idę do jadalni. Pan De czyta magazyn rioski11 i w ustach trzyma wykałaczkę. Jest boczek!

Po śniadaniu wychodzę na pokład. Czas piękny, niebo inne, bez chmur. Ale na dole huśta zdrowo, fala uderza raz po raz o burty, zalewa pokład tęczową płachtą. Wchodzę na sam czub okrętu, wietrzysko siecze tutaj chłodnym prysznicem; cała ta dal wodna porusza się, łazi i kołuje na widnokręgu. Wychylam się i widzę, jak woda tuż przed natarciem na rufę opada gwałtownie lub nagle wznosi się aż do kotwic. I tak po kolei: dziób się zanurza i unosi, a potem znów bokami okręt się pokłada. Biegnę do tyłu zobaczyć, co się tam dzieje. Ano właśnie, do góry idzie także i śruba. Robi kilka obrotów w powietrzu. Wiem już teraz dlaczego powoli jedziemy. Ukraińcy leżą na brezencie i opalają się. Bierze mnie chętka znów ich zaczepić, ale może wyniknąć awantura. Co tu robić? Na górze oficer od maszyn rozmawia z telegrafistą, ale z nimi trudno się dogadać. Tak trudno jest cokolwiek zaobserwować na tym okręcie, bo może bym i co napisał, ale to wszystko stanowi taką całość! Przecież nie będę opisywał śrub albo komina, i ludzie też jednakowi — chłop w chłopa blondyni, małomówni, każdy grzebie się w swojej robocie. Ale jakaś dziewczyna przydałaby się niesłychanie. Można by z nią wysiadywać na rufie, wieczorami znów spacery. Nie żeby zaraz myśleć o jakimś zbliżeniu cielesnym! Przeciwnie — odwlekać to jak najbardziej, chodzi przecież o zajęcie na dłużej. Ale ciepło jest i jasno, przezroczysto! W miejscach osłoniętych leniwa cisza, ale obok od razu wicher i kiedy się widzi rozwydrzane morze, zaraz się słyszy hałas i ryki. Koty śpią w jednym kłębie, jakby je kto posklejał na wieki. Wchodzę do kabiny — mroczno tu, ponuro.

— No, panie Zbyszku! Ulżę panu trochę, mogę zagrać!