— Ładny dziś wieczór mamy — zagajam.

— O, tak, lecz spójrz pan na to nikłe światełko, ileż istnień nieszczęsnych, z przetrąconym kręgosłupem mieści się w tym żółtawym punkcie! Wyrzuceni poza nawias, otoczeni bezdennym oceanem, w pracy i pokucie ci biedacy dochodzą dni swoich...

— No, wie pan, ale ocean nie jest bezdenny, przecież niedawno już nawet obliczyli...

— Ach, panie Zbyszku... toż to przenośnia! A spójrz pan nieco wyżej i na lewo... znów jakiś punkt świetlny. To znów wymarła planeta — księżyc! A czyż my wiemy na pewno, że wymarła? A może i tam tysiące istnień cierpi i równie...

Ale ja nie odpowiedziałem panu De na to pytanie, rzucane — nie wiem — mnie, czy też w wyiskrzone niebiosa? Odszedłem.

4 lipca

Akurat właśnie dzisiaj, kiedy przejeżdżamy równik, pada deszcz i słota na morzu jak za najlepszych dni jesiennych w Jakubowicach czy Lubomli. Chłodno i nie ma tego rozbestwienia kolorów na morzu i jego rozpusty ze słońcem, księżycem i gwiazdami. Woda wszędzie, kolor brunatnopopielaty i koniec, przynajmniej wiem, że jest istotna przyczyna złego humoru. Przy śniadaniu pan De przywitał mnie mocnym spojrzeniem i tuż przed złożeniem sztućców zapytał:

— Panie Zbyszku, czy mógłby mi pan powiedzieć, co pan sobie właściwie o mnie myśli? Jakim pan mnie znajduje?

— Nic sobie o panu nie wyobrażam, bo wiem po prostu, żeś pan porządny człowiek, szukający rozwiązania pewnych zjawisk, przy tym ma pan charakter i opanowanie, którego ja za grosz nie posiadam, bo jestem człowiekiem zupełnie zależnym od nastroju.

— Tak, ale widzi pan, ja się panu do czegoś przyznam. To, co pan powiedział, oznacza, że jest sobie taki człowiek, który jedzie za interesami, ma żonę i dzieci, nazywa się tak a tak. Ale we mnie jest także drugi człowiek, we mnie jest twórca... Co tu dużo gadać — panie Zbyszku! Ja czuję w sobie tęgiego powieściopisarza! Musiały pana pewnie zdziwić wczorajsze moje refleksje na temat pokurczonych, ciśniętych dłonią losu Bóg wie gdzie — istnień! Ale ja się właśnie wczoraj zdradziłem przed panem i pan — człowiek pełen taktu — odszedł, żeby nie słuchać obnażania mego oblicza. I to właśnie ze zwykłego towarzysza podróży uczyniło mi z pana bliskiego człowieka. Oto wszystko!