— Och, ty wstłętny ołdynusie, jak ty się do mnie wyłażasz?! Czy wiesz, ilu w moim łodzie było senatołów? Z jakiej ja łasy pochodzę? Że moi pszotkowie mieli już pałęset lat temu dziewięć pałek w kołonie, ty czełwony bolszewiku, pałobkiem nawet byś nie mógł być u mnie! Łozumiesz?

— Rozumiem, rupieciu! Teraz te wszystkie pałki twoich przodków idą na tyłki i takie baty wam się sprawi, że zaczniecie w końcu szanować parobków, a ty, zgniła purchawko, pojedziesz do Paryża dom publiczny sobie założyć!

— Ach, och! Że też ja muszę na stałe lata podłóżować z takim szezimieszkiem, któły mojej błękitnej kłwi nie uszanuje! Och, ach!

— Ja ci dam błękitną krew, ropucho! Tej błękitnej krwi użyjemy na farbę do naszych sztandarów, ty cuchnący antyku!

— Och, łatunku! Sole!

Dalszy ciąg dialogu między starą arystokratką i komsomolcem przybrał tak nieprzyzwoitą formę, że pozostanie ona tylko w mojej pamięci ze względu na wysoki poziom ścierania się dwóch stanów. W każdym bądź razie pan De swymi dalszymi, chłodnymi argumentami zmieszał z błotem i wykpił bezlitośnie nieszczęsną staruszkę. Po tej dyskusji zacząłem się gimnastykować na gołych deskach i odpokutowałem to trwałymi plamami smoły roztopionej na słońcu. W wannie ta smoła zakrzepła i kiedy przejrzałem się w lustrze, maść moja wyglądała dziwnie, ale interesująco.

Jestem znów na pokładzie i gwiżdżę, gwiżdże także pan De, i tak przegwizdujemy się wzajemnie z czerwonymi policzkami i mgłą w oczach. W końcu tchu nam brak i znów gapimy się na to, co nas otacza. Oto grupa półnagich marynarzy baraszkuje na dolnym pokładzie z obskakującą ich niby żywa piłka — suczką. Jacyż śliczni są ci Finlandczycy! Krzepkie, muskularne chłopy — jak rzeźby. Mimo żaru i duszności siadam do pracy. Panta rhei — dosłownie! Okręt, czas i myśl moja...

8 lipca

Otóż wkradła się do mego życia tutejszego — kobieta. Dość namolna, a nawet groźna zjawa. I to kobieta Polka, w której wymarzyłem sobie w puste spacery moje tam i z powrotem: — jakieś cudowne rodactwo, jedną rasę! Oblokłem ją w całą moją tęsknotę za krajem i na tym terenie usadowiłem zawiesisty erotyzm osiemnastu dni celibatu młodego człowieka rozbyczonego słońcem, żarciem i lenistwem. Nawiedzają mnie rozpalone marzenia i sytuacje, w których spotykam się z nią w różnych dzielnicach miasta i o nastrojowych porach roku, kiedy to śnieżyca tumani się wokół lamp gazowych lub też wiatr kładzie mokre liście na skroplone szyby. Kocham się w niej zuchwale i chciwie. Tu, na tym obcym statku i w nie moim świecie, staram się szybkim chodem zniszczyć dur, co się tak nagle we mnie usadowił. Te rozkołysane, szumiące wieczory otulają mi głowę welonem szału, z którego dopiero niezasłużony pracą i wysiłkiem sen mnie wydobywa, aby następnie cisnąć w majaki, gwałtowne zrywy nocne z bezsensownym bełkotem na ustach. Oto do czego doprowadza mnie tu próżniactwo i łatwy byt! Dzień za dniem przecieka, a chandra na przemian z raptowną wesołością bawią się mną jak piłką. Czego też ja się tutaj doigram!

9 lipca