Znów snują mi się po głowie jakieś koncepcje literackie. Stoimy właśnie przy burcie, wietrzyk muska nam policzki, jeszcze przed chwilą rozmawialiśmy na poważne tematy społeczne, aż tu pan De zaczyna nagle od słów: „Można by opisać”... Twarz mu przy tym osnuwa podejrzane natchnienie.

— Można by opisać, uważa pan, tajemnicze wypadki na tym okręcie. Na przykład z lochu uwalnia się przestępca, którego kapitan miał odstawić do jakiegoś portu. Udaje mu się zbuntować majtków, nas zakuwają w kajdany i umieszczają pod pokładem. Ciemno tam, szczury i raz na dzień dzbanek wody i trochę chleba. Kapitana wrzucili do morza, a sami ograbiają okręty, piratują! Tak mija dwadzieścia lat, ja już mam siwą brodę. W końcu okręt nasz tonie, ale my się jakoś uwalniamy i dopiero widzimy, jak się świat przez ten czas zmienił. Na morzu pobudowane są całe miasta, wille i ogrody pływające — uważa pan...

Na szczęście przerywa tę fantazję spod ciemnej gwiazdy kapitan. Pokazuje nam ręką brunatną chmurę na niebie i mówi, że to Ile de Fogo18. Nic nie widać poza posępnym konturem podobnym właśnie do chmury. Niżej skłębiły się gęste mgły i na razie trudno było coś rozpoznać. Ale po kilkunastu minutach pokazały się obłe skały, zmartwiałe i dzikie. Wysoko potężnieje krater wulkanu. Od tego lądu wieje istna groza samotności i zagubienia. Przesuwamy się wolno i w przykrej ciszy o jakie paręset metrów od smutnego wybrzeża, monotonnie podmywanego falą. Nagle odsłania się daleka i pochyła przestrzeń ceglastego koloru i razem z wichrem uderza w nas pejzaż niewypowiedzianie ponury, bo nawet tych kilkanaście czerwonawych domków przylgnęło do twardego gruntu niby jakaś wstrętna wysypka i zieje pustką i opuszczeniem. Nawet kołysząca się łódź żaglowa nie ożywia tej martwicy. Jak gdyby jaki pomór przeszedł nad tym wrzodem wyłaniającym się z morza. Nikt żywy tam się nie ukazał. Pozostawiliśmy w tyle tą brudną plamę bez żalu, a tak się przecież tęskni za lądem. Zaraz też opadły mgły i wjechaliśmy z powrotem na wesoły, złotem i zielenią mieniący się szlak. Siadam do pisania, ale idzie mi to jakoś automatycznie i nawet nie wiem, czy to, co robię, jest barwne i z sensem! Pod wieczór posprzeczaliśmy się ostro, choć bez słów, z panem De. Graliśmy mianowicie w karty i ilekroć on zabierał mi lewę, pukał w kartę trzy razy palcem i trzy razy unisono fiukał. No to ja znów po każdej lewie odwracałem kartę do niego i przez chwilkę trzymałem mu przed oczami. Skutek był taki, że wstaliśmy z błyszczącymi oczami i czerwonymi twarzami, po czym rozeszliśmy się bez słowa. Przeklęte karty, rujnują naszą zażyłość, chociaż te jego sztuczki są doprawdy irytujące. Zbiegłem na pokład i zacząłem tak szybko przemierzać swą trasę, że aż pochwyciłem znaczące spojrzenie dwóch marynarzy, oczyszczających z rdzy tryby od dźwigara. Z tłumionej pasji wyratowała mnie dopiero moja wyśniona Polka, mój nowy, wyczerpujący nerwowo bzik. Raz jest to szlachetna bruneta o wyniosłej postawie, innym znów razem przysadzista blondyna z zadartym noskiem. Pierwsza do rozmów i westchnień, druga do wyrafinowanych kawałów cielesnych. Ach Polka, tylko! Tylko! Z żadną inną. Stanowczo!

10 lipca

Tak się jakoś stało na szczęście, że rano, zaraz po śniadaniu, interesuje mnie samo tylko wyjście na pokład. Układam sobie nawet pewną kolejność wrażeń. Wytresowała mnie ta podróż. A więc: najpierw zbadam pogodę. Następnie idzie krótka zabawa z kotkami (które już trochę podrosły), dalej przegląd całego okrętu od przodu do tyłu (w tym jakieś manipulacje wzrokiem z Ukraińcami), potem długie, często nawet godzinne wpatrzenie się w przestwór oceanu, marzenia, czasem jakaś pogwarka z panem De, bo to rano, na świeżo — jeszcześmy nie zdążyli się znienawidzić, dopiero pod wieczór! Później (jeśli jest słońce, bo zdarza się, że przez jakiś głupi system kokieterii słońca do południa nie ma; niby udaje, że nie jest na co dzień, choć mam go już po szyję!) idę na dziób „opalać się”, tam też marzenia, częsta smutek, tęsknota, wreszcie kąpiel, obiad, trochę pracy (nieudanej!) i potem już pustka, bzdury w głowie, nastroiki — słowem, histeria. Mimo że zawsze wstajemy od stołu pogniewani, znowu grywamy w karty, ale jest to ostateczna konieczność. Wieczorem — znana już rodaczka krew z krwi! Dzisiaj wyszedłem z ciemnego korytarzyka, w przejściu rzuciłem stewardowi, „good morning”, zatrzymałem się trochę przed drzwiami, aby rozejrzeć się w pogodzie. Wicher, mglisto i wilgoć. Okrętem trzęsie, skrzypi, z komina wali tłusty i czarny świder dymu. Koty leżą na kupie, co którego wezmę do ręki, to mi zwisa, ślepia zaspane — wprost nie do użytku. Kapitan przesyła mi ze swoich wyżyn pozdrowienia, pierwszy oficer — ten od wycinanek — też daje mi ręką „pod kazyrok”19.

Mijam kuchnię, widzę dwóch kucharzy, jeden — ładniejszy i bardziej rumiany — stoi wpatrzony błękitnymi oczami w nieokreślone, z wyrazem smutku, a drugi głaszcze go po licach i coś tłumaczy. Poszedłem dalej, ale dobrze sobie to zakarbowałem w pamięci. Już od kilku dni zauważyłem, że miedzy tymi dwoma a stewardem coś jest. Wieczorami schodzą się w kabinie stewarda i we trzech grają w karty. Coś popijają, zaśmiewają się, nie tak jak zwykli mężczyźni, co to jeśli się nie sprzeczają, to chociaż grają poważnie i są na przykład trochę źli, że karta nie idzie. Rzecz normalna. A tu chichi, nigdy poważnej miny i (to na pewno pochwyciłem kilkakrotnie, w przejściach) steward z tym kucharzem, co to głaskał błękitnookiego po twarzy, rzucają mu jakieś spojrzenia, w ogóle — co tu gadać — zalecają się do niego. A ten siedzi jakby lekko zażenowany, skromny, ale pogodny. On tu jest ośrodkiem czegoś, bo jak się człowiek ciągle szwenda tu i ówdzie, robi się najrozmaitsze drobne spostrzeżenia. Raz na przykład różowy kucharz stał oparty o barierę i palił papierosa, a steward zbliżył się do niego i objął go wpół. Ale to nie było takie objęcie przyjacielskie, bo i kolanem, i biodrem. A ten nic, palił sobie obojętnie i słuchał, co mu ten szeptał do ucha. I kiedy zbliżał się drugi kucharz, steward się odsunął. Czasem rumiany wygląda rano jakby zmięty, trochę bledszy, z ustami (jak to czasem mają dziewczyny, kiedy się porządnie wycałują) jakby spuchniętymi od pocałunków. Wprawdzie tych spostrzeżeń na czymś takim solidnym nie mogę oprzeć, ale w każdym bądź razie byłaby to sensacja dla mnie niesłychana, teraz już będę baczną zwracał uwagę na wszelkie ich kroki. Co to za głaskanie po twarzy! Chłop chłopa?

Idę dalej, mijam porozwalanych Ukraińców, patrzących na mnie wcale nie jak bracia Słowianie, po czym wspinam się po schodkach na rufę i tu trochę jeszcze zamyślam się nad powyższymi kwestiami. Okręt pozostawia za sobą daleko ślad od śruby, koło nóg moich przesuwają się wielkie ogniwa łańcucha od steru. Spod jakichś worków wyłazi tajemnicza łowczyni — Pessi. Dzisiaj jest dla mnie jakaś łaskawsza. Otarła się trochę o nogę, miauknęła parę razy, a nawet się położyła. Głaskałem ją z pół godziny, ciągle rozmyślając o przeróżnych kwestiach erotycznych, wreszcie wziąłem Pessi na ręce i poszedłem na śródokręcie. Tam rzuciłem Pessi na pastwę małych i zbliżyłem się do pana De. Stał przy barierze, a na mój widok zaczął monologować:

— Uważa pan, ta wyspa wczorajsza jest wulkaniczna, powiedział mi to kapitan.

— Pewnie! Cóż to, nie widział pan wulkanu, stał jak byk?

— Tak, stał. Wyobraź pan sobie tylko takie życie na takiej wyspie. Co? Ludzie, co tam mieszkają, już pewnie zdziczeli w tym osamotnieniu... to jest — panie, temat! Tam akcję — panie — umieścić, to — panie — materiał niesłychany, to...